Nie będziemy umierać za Gdańsk?

Wraz z coraz bliższym startem olimpiady w Pekinie pojawiają się coraz to dziwniejsze pomysły (i naturalnie ich późniejsze realizacje) na sumienną walkę o poszanowanie praw człowieka w Pekinie.

Jak wiadomo każdy robi to co musi, może bądź uważa za słuszne.

Chińczycy rzucają łapska, tj. gwoli ścisłości balony wodne, na ten biedny znicz olimpijski, co wedle mnie może nie jest surrealistyczne, ale jest z pewnością płaczliwym aktem bezradności.

Dlaczego? Już pisze: Nawet jeśli uda się zgasić (lub precyzując przygasić) ten chędożony znicz, raczej ów zabieg nie wyda spodziewanych tudzież wymiernych owoców, bowiem - co niewielu wie - jest on tylko kopią. Jednak już wtedy postawione w stanie gotowości odpowiednie “służby”, ruszą wnet do akcji, w celu “odsunięcia zagrożenia od świętego ognia”. Ich plan działania mniej więcej, wygląda tak: pierwej odganiamy niepożądane “czarne owce” a później po prostu przynosimy następną rekonstrukcję. A tych, wedle badań, jest wieeeele i jeszcze więcej. Jak widać nie bez kozery “specjaliści” naprodukowali tyle tych duplikatów. No chyba, że owe kopiowanie, pozostało już na zawsze w ich mentalności (podobno wtórni kują już amerykańskie odrzutowce). Rekapitulując: nikt nie wie, gdzie znajduje się oryginał. Być może w Zaginionym Mieście Mao?

Zresztą prócz tych manifestacji, o walkę o poszanowanie włącza się wszystkich wszem i wobec: od nas samych, po sportowców, dalajlamę i na politykach skończywszy. (Cholera! Mogli się martwić cztery lata temu - gdy przyznawali igrzyska!) I to jest właśnie to meritum, do którego od początku zmierzam.

Polska, to wyjątkowy kraj - każdy to powie.

Stargani gęstą zamiecią historii, jesteśmy nader empatyczni, a w szczególności do nacji ciemiężonych przez komunizm. Sami z wielkim trudem obaliliśmy komunę, dlatego teraz tak bardzo angażujemy się w sprawę socjalistycznych Chin: wywieszamy tybetańskie flagi, przyjmujemy wyżej już wspomnianego duchownego przywódcę i wspólnie pokrzykujemy wielkie, wolnościowo-suwerenne hasła. I tak naprawdę głownie na tym ostatnim się kończy, czyli na próżnym gadaniu.

A przecież taka wielka impreza nie odbyłaby się bez bilionowych nakładów finansowych, uprzednio bardzo chętnie wyłożonych przez wielkie korporacje. ( Aut bibat, aut abeat…) Oni nie są wcale incognito - wystarczy po prostu wejść na oficjalną stronę, poszukać i odnaleźć. (leniwym, podaje linka - http://en.beijing2008.cn/bocog/sponsors/sponsors/)

Zatem miast pisać próżne petycje i wymachiwać mini chorągiewkami, każdy może w bardziej dobitny sposób wyrazić swój sprzeciw - czyli pieniędzmi. Sponsorów jest wielu, a firm, producentów i marek jeszcze więcej. Ci ostatni być może w igrzyskach bezpośrednio udziału nie biorą, acz przeciw przenoszeniu produkcji do państwa środka, oporów nie mieli i niestety nadal nie mają. Bo kto normalny, nie chciał się potrójnie bogacić?

I jak?

Czyżby się okazało, że protest jest dobry, ale tylko wtedy, gdy sami nie musimy się poświęcić? Czyżby okazało się, że wolność mamy gdzieś, bo nie zrezygnujemy z ulubionego fast foodu, samochodu czy elektroniki? Bo w sumie co mnie tam odchodzi, że w jakiś Chinach rocznie wykonuje się około 20mln aborcji i zabija się ludzi, dla eksportu organów…

Napisz odpowiedź